Zakładki:
Tutaj zaglądam
Znajdziesz mnie także tu
Tagi
|
Wpisy z tagiem: psy
czwartek, 24 listopada 2011
Francuski piesek - nie wiem skąd dokładnie wziął się ten związek frazeologiczny, ale raczej sprawcą nie była żadna francuska rasa, co najwyżej pieski będące bywalcami francuskich salonów. Może pekińczyki, tak - do nich dobrze mi to pasuje. Francja nie ma wielu rdzennych ras, ale jednak są takie, którymi może się poszczycić - pudel, dog de Bordeux, beauceron, briard i oczywiście opisywany już przeze mnie buldog francuski. O pudlach wiem najmniej więc być może są wybredne i wyniosłe, ale reszta z tej ferajny zdecydowanie nie ma manier francuskiego pieska. Podczas jednego z moich pobytów w Paryżu, siedziałam wtedy w knajpce na Montmartrze, zobaczyłam przy stoliku obok mężczyznę, a u jego nóg leżał duży ciemny pies. Nie widziałam jego pyska, ale od razu poznałam, że to beauceron, po charakterystycznym wilczym pazurze na tylnej łapie. Gdy dwa lata temu pojechałam do Langwedocji, w czasie mojego tygodniowego pobytu tam widziałam 4 czy 5 buldogów francuskich. I pomyślałam sobie, że jednak w Polsce nie widuję na ulicach ani polskich owczarków nizinnych, ani tym bardziej chartów, gończych czy ogarów polskich. W górach można jeszcze spotkać owczarki podhalańskie, ale ogólnie odnoszę wrażenie, że Polacy nie gustują w rodzimych rasach. Na nieszczęście co krok widać yorki i mieszanki yorkopochodne. Dla mnie to bardziej chomiki niż psy, choć charakterek mają wredny. Francuskie rasy nie są ani "francuskimi pieskami", ani też niepewnymi swojej wartości maluchami. To pewne siebie, stateczne psy, o silnych charakterach i doskonałej psychice. Te psy zdają sobie sprawę ze swojej wartości, przez co nie muszą jej nadmiernie eksponować. Nie wszczynają bójek bez powodu, nie szczekają przy każdej nadarzającej się okazji, nie są agresywne w stosunku do ludzi. Podobnie jak polskie rasy. Może są dumne ze swojego pochodzenia? Szkoda tylko, że Polacy nie potrafią, tak jak Francuzi, być dumni ze swoich psów...
piątek, 18 listopada 2011
Psy od zawsze były częścią mojego życia. Najpierw jako dziecięce marzenie, zabawy z kundelkiem sąsiadki, głaskanie wszystkich spotkanych na ulicy czworonogów. Później mama zgodziła się na przygarnięcie schroniskowej bidy i owczarkowata kundelka Kora mieszkała z nami niemal 10 lat, aż do śmierci w sędziwym wieku. Długo nie mogłam dojść do siebie po jej odejściu i jakiś rok po jej śmierci przez przypadek w internecie znalazłam grupę osób pomagającą buldogom francuskim w potrzebie. Francuskim! Tak, to było moje przeznaczenie! Buldogi francuskie tak naprawdę pochodzą z Anglii i początkowo były psami dla najuboższych - żyły wśród plebsu, gdzieś na granicy nędzy. Do Francji dotarły ponoć z grupą tkaczy, która emigrowała tam w celach zarobkowych. Dopiero w XIX wieku ich status społeczny się odmienił - spodobały się francuskiej arystokracji i niemal z rynsztoka weszły na salony, a tam... wreszcie poczuły się na swoim miejscu. Niestety, wraz z obecnym popytem na słodkie płaskopyskie pieski, rozwinęły się liczne pseudohodowle, które nie rozmnażają psów, ale je produkują. Suka pokrywana jest przy każdej cieczce, jej organizm nie zdąży się zregenerować po ostatniej ciąży, a znów musi rodzić. Sutkami ciąga po ziemi, drogi rodne ma opuchnięte, często ze stanem zapalnym, a do tego siedzi w klatce na betonie i ubogim w składniki odżywcze mlekiem karmi swoją gromadkę, która niesocjalizowana, nieszczepiona i niekarmiona odpowiednio wkrótce trafi na strony najpopularniejszego polskiego serwisu aukcyjnego, aby za 500 zł za sztukę ktoś mógł kupić słodkiego francuzika. Później całe życie męczy się z nim, bo pies ma problemy zdrowotne, behawioralne, a dodatkowo bardzo odbiega od wzorca rasy. "Po co mi rodowód? Przecież nie będę jeździć z psem na wystawy!" - ten wyświechtany tekst słyszałam nie raz, a tak naprawdę rodowód potrzebny jest po to, aby nie nabijać kasy tym okrutnym psim fabrykom, dla których liczy się tylko szybki i łatwy pieniądz... Oczywiście także nie każda prawdziwa hodowla jest dobra, dlatego zawsze trzeba sprawdzać warunki, w jakich pies się wychowywał - nie pozwolić sobie na przyniesienie szczenięcia bezpośrednio do domu. Trzeba zobaczyć kojec, obejrzeć sukę, porozmawiać. Dobry hodowca będzie chciał, aby jego szczeniak trafił w dobre ręce, a nie do każdego lepszego, kto zadzwoni i będzie chętny do zakupu. Wiele miesięcy pomagałam ratować te biedne suczki z rąk oprawców, ze znajomymi leczyliśmy je z własnych środków, później oddawaliśmy do adopcji, tylko do sprawdzonych domów (wizyta przedadopcyjna to standard!). Aż w końcu przyszedł moment i na mnie - do mojego życia wkroczył Stefan. Król Stefan :) Ale o tym - innym razem.
| |||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||